Nawigacja: » Strona Główna » Ćwiczenia Mi-14 w Darłowie |
|
Zapowiedzi »Jetstream na Facebooku |
Darłowo to jedna z wielu miejscowości położonych nad Bałtykiem. Niewiele osób wie, że właśnie tam znajduje się jedna z baz Lotnictwa Marynarki Wojennej, pełniąca dyżur w ramach służby poszukiwawczo ratowniczej (SAR). Nasza redakcja postanowiła odwiedzić to miejsce, poznać ludzi, sprzęt i procedury, w ramach jakich działa to lotnisko.
Podczas krótkiej odprawy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli okazję uczestniczyć w egzaminie jednego z członków załogi na ratownika pokładowego. W związku z tym, nasza ekipa została podzielona na dwie grupy. Pierwsza została oddelegowana do portu, aby wejść na pokład szybkiej łodzi ratunkowej typu SAR 1500 „Tajfun” działającej w ramach Morskiej Służby Ratowniczo Poszukiwawczej i stamtąd obserwować ćwiczenia. Druga załoga trafiła na pokład śmigłowca ratowniczego Mi-14PS (nr boczny 1013). Przed wejściem na pokład musieliśmy udać się do magazynu w celu zaopatrzenia się w odpowiedni strój, w skład którego wchodził: kombinezon ratowniczy, samonapełniająca się kamizelka ratunkowa, hełm lotniczy oraz pełna uprząż alpinistyczna.
Po starcie nastąpiło przygotowanie załogi do rozpoczęcia ćwiczenia. Pierwszym etapem było opuszczenie manekina symbolizującego osobę poszkodowaną na płytę lotniska. Następnie ratownik udał się na dół i zabezpieczył „poszkodowanego” do transportu na pokład śmigłowca. Po zaliczeniu tego manewru, śmigłowiec udał się nad akwen morski. Po minucie byliśmy już nad ustalonym wcześniej punktem. Łódź ratownicza utrzymywała stałą prędkość i kurs, a my podchodziliśmy od rufy. Tu mieliśmy przećwiczyć opuszczanie ratownika na jednostkę pływającą oraz podejmowanie poszkodowanego stosując kilka technik wciągania. Na pierwszy ogień poszedł doświadczony ratownik. Po opuszczeniu się na dół, zabezpieczył pokład w celu przyjęcia manekina. Kolejnym etapem było opuszczenie deski ratowniczej wraz z ratownikiem zdającym egzamin. Należy pamiętać, że całe ćwiczenie odbywało się na niskim zawisie śmigłowca i z płynącą łodzią ratowniczą. W tym czasie opuszczeni ratownicy mieli czas na przygotowanie poszkodowanego do transportu. Śmigłowiec oddalił się w tym czasie od łodzi, zataczając duże koła, jednak cały czas pozostając w kontakcie wzrokowym i radiowym z załogą "Tajfuna". Po otrzymaniu sygnału o gotowości do transportu przez radio, potężny Mi-14 ponownie zawisł nad pokładem SAR1500. Uwierzcie, że utrzymanie tych dwóch maszyn w niewielkiej odległości wymagało od ich operatorów dużego wysiłku, ale było widać, że nie sprawiało im to zbytniego problemu – w końcu robili to nie pierwszy raz. Podjęcie ratownika z noszami nie trwało długo. Po odpięciu go z noszy można było wciągać drugiego ratownika z łodzi.
Kolejnym etapem było wykorzystanie specjalnego kosza ratowniczego, służącego do podejmowania rozbitków z powierzni wody. Tak więc nasz dzielny manekin tym razem wylądował w wodzie, czekając aż pomoc nadejdzie z powietrza. Trzeba dodać, że woda w tym okresie nie jest najcieplejsza i żaden z nas, obserwujących to z pokładu śmigłowca, nie chciał się znaleźć na jego miejscu. Pomimo dużej ilości miejsca wewnątrz śmigłowca, kosz ratowniczy zajmuje sporą część pokładu i zamontowanie go pod wyciągarką nie jest łatwe. Uporawszy się z tym, namierzyliśmy gdzie dokładnie znajduje się manekin i przystąpiliśmy do podjęcia go z wody. Operacja ta niewiele różni się od poprzedniej, z tą różnicą, że ratownik opuszczany jest w koszu. Ubrany jest w strój ochronny w postaci pianki (w okresie zimowym, kiedy temperatura wody jest bardzo niska, stosuje się suche skafandry z podpinką) i podstawowego ABC płetwonurka czyli maski, fajki i płetw. Po zetknięciu się kosza z powierzchnią wody, ratownik czym prędzej podpływa do poszkodowanego i holuje go, by następnie umieścić w koszu. Obydwie mokre osoby są podnoszone na pokład śmigłowca i transportowane na lotnisko lub do najbliższego szpitala. Manewr ten powtórzyliśmy jeszcze kilka razy od początku do końca, by po prawie dwóch godzinach lotu powrócić na macierzyste lotnisko w Darłowie.
Udział w tych ćwiczeniach pozwolił nam zobaczyć, jak ciężka jest praca pilotów, techników i ratowników służących na śmigłowcach takich, jak Mi-14PS. Załoga takiej maszyny jest jak jedna dłoń, w której każdy palec wie, za co jest odpowiedzialny. Podczas realnej akcji nie ma czasu na pomyłki, roztrzepanie czy nieuwagę. Każdy błąd może nie tylko kosztować życie załogi, ale też osoby poszkodowanej. Dlatego tego typu ćwiczenia są powtarzane wielokrotnie, aby osiągnąć stan pełnej profesjonalizacji.
Igor Leszczyński, fot. Maciej Wolański
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że o wszystkim, co porusza się po morzach i oceanach mam naprawdę blade pojęcie. Przyznaję się do tego bez bicia i mówię otwarcie - nie będę próbował używać profesjonalnej morskiej terminologii, bo zwykle takie próby wychodzą bardziej śmiesznie niż profesjonalnie. Dziennikarz nie musi się znać na wszystkim, a jak ma pisać głupoty, to lepiej niech nie pisze nic. Moją część relacji proszę zatem traktować jak wrażenia normalnego szczura lądowego, który został zabrany na pokład łodzi ratunkowej (choć nie jako rozbitek) i z tej perspektywy opisuje swoje wrażenia.
Jako człowiek związany z lotnictwem i redaktor portalu Jetstream.pl, w całej tej morskiej wyprawie upatrywałem głównie możliwości zobaczenia śmigłowca Mi-14PS unoszącego się nisko nad powierzchnią wody i jego załogi podczas ćwiczeń. Nigdy nie byłem szczególnie zainteresowany okrętami, ale SAR 1500 „Tajfun” zrobił na mnie duże wrażenie. Od wejścia na pokład do momentu wypłynięcia z portu wszystko odbywało się w tempie "wycieczkowym". Silniki nisko pomrukiwały, a my powoli mijaliśmy całe malownicze Darłowo. Kiedy za nami była już latarnia morska, kapitan poprosił nas, żebyśmy usiedli w kabinie, bo "może trochę chlapać". Jakby to najprościej powiedzieć - nie byłem przygotowany na to, co potrafi osiągnąć ta łódź. Tajfun ma dwa silniki strumieniowe o łącznej mocy 1350 KM. Osiąga prędkość do 30 węzłów i płynie na zasadzie ślizgu. Ma trzyosobową załogę, a na pokład może zabrać nawet 75 rozbitków.
Kiedy zaczęliśmy nabierać prędkości, za nami wyrosła prawdziwa ściana spienionej wody, która potem częściowo wdarła się na pokład, gdy łódź zaczęła zwalniać. Dobrze, że siedzieliśmy wtedy w kabinie, bo nie byłem najlepiej przygotowany na taką wyprawę - już dawno byłbym przemoczony do samych kolan. Ale, prawdę powiedziawszy, w takim momencie mało mnie interesował stan odzieży. Nie byłem przecież na luksusowym liniowcu, ale na łodzi ratunkowej i moim zadaniem było jak najlepsze uchwycenie akcji w obiektywie. Ciążyła na mnie tym większa presja, że tylko ja robiłem zdjęcia na pokładzie Tajfuna - Adam Czajkowski kręcił filmy, które bardzo dobrze pokazują przebieg ćwiczeń.
W mgnieniu oka znaleźliśmy się w sporej odległości od brzegu i zauważyliśmy nadlatujący z oddali śmigłowiec. Przypomniałem sobie rozmowę w trakcie odprawy, kiedy to pytałem w jakiej odległości od łodzi będzie się znajdował Mi-14, żebym wiedział, jakiego obiektywu mam używać. Odpowiedź brzmiała: parę metrów. Nie do końca wierzyłem, ale przekonałem się na własne oczy. Śmigłowiec zbliżał się do nas, aż zawisł dosłownie kilka metrów nad łodzią. Ogniskowa 17-mm okazała się w tym momencie niewystarczająca, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Muszę przyznać, że to chyba najbardziej ekstremalna sytuacja, w jakiej robiłem zdjęcia. Chciałem trochę rozmyć łopaty wirnika, więc pogodziłem się z faktem, że z kilkunastu zdjęć może dwa wyjdą ostre. Ale do tego dochodzi ciągłe bujanie łodzi na falach, brak czasu na myślenie o kadrach i ustawieniach aparatu, a także mgiełka, a właściwie mnóstwo kropel morskiej wody wzbijanej w powietrze przez śmigłowiec. Nieustannie trzymałem w ręku chusteczkę do wycierania filtra obiektywu, a w kieszeni miałem zapasowy akumulator. Oprócz patrzenia się w wizjer aparatu, musiałem śledzić sytuację na łodzi, żeby nie przeszkadzać ratownikom w ćwiczeniach. Fale chwilami były tak duże, że wypuszczałem aparat z ręki i łapałem się czegokolwiek. Wiem, że dla załogi SAR 1500 było to pewnie małe piwo, ale ja miałem problemy z zachowaniem równowagi.
Teraz, gdy piszę te słowa, już tylko z kolejności zdjęć jestem w stanie się zorientować, jak przebiegały ćwiczenia. Igor opisał to dokładniej, więc nie będę już powtarzał tych samych informacji. W pewnym momencie przeszliśmy z kabiny na dziób. Adam złapał się lin, a ja zaklinowałem nogi o kotwicę. Morze było tego dnia raczej spokojne, ale nawet przy takiej pogodzie nasza łódź dość mocno przechylała się na boki i poruszała się w pionie, na moje oko, o jakieś 1,5 metra. Kiedy śmigłowiec wisiał tuż nad antenami Tajfuna, udało się zrobić wiele ciekawych zdjęć. Później, kiedy ćwiczono podejmowanie rozbitka z koszem, śmigłowiec znajdował się już w większej odległości od nas i wiedziałem, że przydałby się dłuższy obiektyw, ale nie wyobrażałem sobie zmiany szkła w takich warunkach i nawet nie zabrałem ze sobą plecaka z całym wyposażeniem.
Jak mogę to podsumować? Niesamowita przygoda, a jeszcze większe wrażenie, niż widok śmigłowca unoszącego się kilka metrów nad łodzią ratunkową, zrobiło na mnie przygotowanie i profesjonalizm załóg Mi-14PS i Tajfuna. Wyglądało to lepiej, niż sceny z filmu Patrol (The Guardian). Nawet biorąc pod uwagę to, że zasadniczo był to egzamin jednego z ratowników (hmm, nam z pojęciem "egzamin" kojarzy się rozwiązywanie zadań na kartce), nie wydarzyło się nic nieprzewidywanego i niepokojącego. Jestem pełen podziwu dla tych ludzi. Jeżeli kiedyś zaczniecie tonąć na Bałtyku i zobaczycie na horyzoncie biało-czerwony śmigłowiec lub łódź ratunkową, możecie być spokojni - będziecie w dobrych rękach.
Tomasz Karasiński |